Sens w życiu człowieka

(Mk 1, 7-11)

Kiedy Jezus wchodził w wody Jordanu, aby przyjąć chrzest z rąk Jana, miał ok. 35 lat. Był to niewątpliwie przełomowy moment w Jego życiu i Jego działalności, a i nie bez znaczenia w życiu każdego z nas. Warto więc zastanowić się nad tym, kim był Jezus przed chrztem, i kim stał się, po jego przyjęciu?

Po śmierci Heroda Święta Rodzina powróciła do Palestyny i osiedliła się w Nazarecie, pracując i wychowując Jezusa. Kluczowym wydarzeniem tego okresu ich życia, była pielgrzymka do świątyni jerozolimskiej, kiedy Jezus miał 12 lat. W stałym zwyczaju pielgrzymowania, jaki praktykowali, te święta Paschy były wyjątkowe, zarówno dla Jezusa, jak i dla nich. Zaginął im, aby się odnaleźć i to w jak najszerszym tego słowa znaczeniu. Niewątpliwie wpłynęło na to dojrzałe przeżycie przez Niego świąt Paschy, samotny powrót do świątyni, rozmowa z Ojcem Niebieskim w Jego domu, konfrontacja z Jego słowem podczas rozmowy z uczonymi w Piśmie. Jego człowieczeństwo odnalazło Jego Bóstwo, a On wiedział już, kim tak naprawdę jest – Synem Ojca Przedwiecznego. Takim Go odnaleźli ziemscy Rodzice Maryja i Józef. Takim wrócił do domu w Nazarecie i był im posłuszny i od nich się uczył prawdziwie ludzkiego życia. Takim przez ponad 20 lat pracował jako cieśla. Z całą pewnością możemy przyjąć, że regularnie pielgrzymował do świątyni, że regularnie świętował szabat i modlił się w synagodze, że nieustannie podczas dnia i nocy, trwał w łączności ze swym Niebieskim Ojcem, że studiował i żył słowem Bożym. Z całą pewnością możemy przyjąć, że był znakomitym synem swoich Rodziców, że był prawdziwym mężczyzną, uczciwym i wrażliwym człowiekiem oraz odpowiedzialnym fachowcem. Przez bliską relację z Bogiem, musiał być niezmiernie bliski drugiemu człowiekowi, co zapewne było odczuwalne w indywidualnych kontaktach. Odpowiedzialnie zarządzając swym ludzkim sercem i uczuciami, nie założył własnej rodziny, bo wiedział, jaka jest Jego misja w planach Ojca Niebieskiego.

Ten Jezus Chrystus wchodzi w wody Jordanu i domaga się chrztu od Jana. Rozpoczyna tym samym nowy rozdział realizacji Swojej mesjańskiej misji. Sam nie potrzebując chrztu nawrócenia, wchodzi w dzieło przygotowywane przez Jana Chrzciciela, by zgodnie z wolą Ojca je wypełnić. To niezwykłe objawienie się Boga w Trójcy Przenajświętszej, które wtedy miało miejsce, jest jakże ważne zarówno dla człowieka Jezusa, a także dla Jana i dla mnie.

Dlaczego dla mnie?

Przez sakrament chrztu, nieświadomie przyjęty i świadomie zaakceptowany jestem uczestnikiem misji Chrystusa na tym świecie. Przez Eucharystię jestem z Nim tak mocno złączony, jak tylko to możliwe, by człowiek tu i teraz połączył się z Bogiem Trójjedynym. Jezus więc nie tylko pokazuje mi jak żyć z Bogiem, ale jest ze mną, jeśli tylko ja wyrażę na to zgodę. Jest tu moja wolność, ale i świadomość, że tylko z Bogiem i w Bogu życie ma sens – jest prawdziwie życiem człowieka.

Może więc warto jeszcze raz przemyśleć sobie, co to znaczy być chrześcijaninem w czasie kiedy chrzest jest traktowany jako niewiele znaczący epizod rodzinnej tradycji, a postawy życiowe proponowane przez ten świat są jedynie żałosną karykaturą człowieczeństwa, choć na krótką chwilę wydają się atrakcyjne?

Ks. Lucjan Bielas

 

 

Pokora intelektu, rzecz rzadka

(Mt 2,1-12)

Pewien bardzo wybitny i szczerze pobożny fizyk, zapytany przeze mnie o przekonania religijne jego znakomitych kolegów, zachowując naukową ostrożność, zauważył, że z jego punktu widzenia wielu, może nawet większość z nich, uznaje wprawdzie istnienie jakiejś nadprzyrodzonej siły stwórczej, istnienie Boga, ale nie szukają z Nim osobistych relacji. Tak jest im z tym wygodniej i może wygląda to, bardziej naukowo. Dla uwiarygodniania takiej postawy można powołać się jeszcze na list noblisty Alberta Einsteina (1879-1955) napisany w 1954 r. do niemieckiego filozofa Erica Gutkinda. „Słowo Bóg jest dla mnie niczym innym jak tylko słowem i wytworem ludzkich słabości, a Biblia zbiorem czcigodnych, ale dość dziecinnych legend”, dalej podkreślił, dodając, że „żadna wyrafinowana wykładnia” tego nie zmieni. Religie ogólnie rzecz biorąc uznał, jako: „wcielenie prymitywnych przesądów”. Tyle o Bogu wybitny fizyk, niekoniecznie wybitny teolog.

Spośród wielu ówczesnych uczonych Bóg zaprosił do nowo narodzonego Swego Syna tylko nielicznych reprezentantów. Dał im nie tylko rozum szukający prawdy, ale wyszedł naprzeciw pragnieniu nawiązania z Nim osobistej relacji. Czy byli kapłanami Zaratustry? Czy byli astrologami? Czy mieli kontakty z diasporą żydowską, która przecież pozostała w Persji po zdobyciu Babilonu przez Cyrusa II w roku 538 p.n.e.? Takich i podobnych pytań jest wiele i pewnie pozostaną bez jednoznacznej odpowiedzi. Zapewne jednak, dla istoty ewangelicznego przekazu, nie są one aż tak ważne. Faktem jest, że Mędrcy ze Wschodu przeszli dosłownie i w przenośni, bardzo daleką drogę.

Nie znając kompletnie realiów politycznych Jerozolimy, pytając o nowo narodzonego króla, wprowadzili duży niepokój w sercu nieco podeszłego w latach Heroda, a co za tym idzie duże zamieszanie w mieście. Po fachowej konsultacji z uczonymi w Piśmie, władca, nałożył na przybyszów sprytne zobowiązania i skierował ich do Betlejem.

Prowadzeni przez gwiazdę dotarli do domu, w którym zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją. Doświadczenie relacji między tą Matką i tym Dzieckiem było takie, że ci niezmiernie doświadczeni przybysze: upadli na twarz i oddali Mu pokłon. W języku ludów Wschodu oznaczało to oddanie Boskiej czci Jezusowi. W Jego dziecięcej twarzy zobaczyli oblicze Boga. Symbolika zaś złożonych darów dopełniła mesjańskie przesłanie tych odwiedzin.

W mojej domowej szopce, obok figurek Mędrców ze Wchodu są ułożone kamyki, z różnych starożytnych miejsc kultu pogańskiego. Znak, że Jezus Chrystus jest dla mnie doskonałą odpowiedzią na pytania, jakie człowiek zadaje w różnych świątyniach różnych kultów.

Proszę dziś Boga przez wstawiennictwo świętych Mędrców ze Wschodu o to, aby wiedza nie zabiła we mnie osobistej relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem i wiodła mnie bezpiecznymi drogami do mojej Ojczyzny.

 

Ks. Lucjan Bielas

 

 

 

Bosko – ludzka korporacja

(Mt 18, 15-20)

Tak można próbować współczesnym językiem określić Kościół założony przez Jezusa Chrystusa. Pośród wszystkich ludzkich organizacji stanowi on niewątpliwie fenomen, przez jednych podziwiany, przez innych znienawidzony. Jedni marzą o tym, by Kościół Chrystusowy ogarnął cały świat, inni marzą o tym, aby w ogóle przestał istnieć, by nawet najmniejszy ślad po nim nie został. Fenomenem jest to, że niezależnie od tego, czy ktoś się z tą organizacją zgadza, czy nie, to wszyscy od Kościoła się uczą.

Nie będę ukrywał, że zaliczam się do tych, którzy gorąco pragną tego, aby Kościół, którego staram się być świadomym i aktywnym członkiem, miłością pozyskał dla Boga wszystkich ludzi.

Dziś, dzięki św. Mateuszowi, możemy wziąć udział w warsztatach prowadzonych przez samego Chrystusa, podczas których, wtedy dwunastu uczniom, dzisiaj nam, tłumaczy fenomen działania instytucji, którą założył i której jest prezesem i to na zawsze.

Po pierwsze, Jezus poucza o podstawowych prawach komunikacji: Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik. W tych niesłychanie prostych słowach zawarł Jezus zasadę odpowiedzialności za siebie, za drugiego i za wspólnotę. Te zasady korporacyjne stosują wszyscy, którzy próbują zbudować trwałą wspólnotę. Nikt nic mądrzejszego nie wymyślił i nie wymyśli. Chrystus jednak wypowiedział te słowa w pewnym ważnym kontekście. Mówił wcześniej o dobrym pasterzu, który jest gotów szukać jednej zaginionej owcy, mówił o Bogu, o swoim Ojcu, któremu zależy na wszystkich ludziach, bo wszystkich kocha.

Mając przed sobą dwunastu liderów swej korporacji, Jezus, wysłannik Niebieskiego Ojca, mówi do nich słowa, których żaden szef na ziemi swoim pracownikom powiedzieć nie może: Wszystko, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Te słowa nabierają znaczenia dopiero w kontekście tego, co Jezus natychmiast dodał: Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.

Wnioski nasuwają się same. To nieustannie obecny w swej korporacji Jezus prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek zawiązuje i rozwiązuje, posługując się tymi, którzy sami zdecydowali się na bycie Jego towarzyszami. Nie trudno domyślić się, że jest tu też zawarta zapowiedź sakramentów świętych, tych przestrzeni, w których zawiązywanie z rozwiązywanie ma szczególny, pozaziemski wymiar. Jest w nich ten, który udziela – szafarz, jest i ten, który przyjmuje, ale działa zawsze Jezus – ten Trzeci.

W tym czasie, kiedy jest tak wiele pytań dotyczących Kościoła Chrystusowego, może warto jeszcze raz sobie przemyśleć jego rozumienie i swoje w nim miejsce.

 

Ks. Lucjan Bielas

 

Towarzysz

(Mt 16, 21-27)

Można sobie wyobrazić zdumienie i niedowierzanie, jakie powstało w sercach i umysłach uczniów Jezusa, kiedy usłyszeli od Niego: że musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. O tym, jak dalece wszystko stanęło im na głowie, najlepiej świadczą słowa Piotra, który w swej spontaniczności wziął Mistrza na bok i z wyrzutem stwierdził: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie.

Z wielką ostrością uzewnętrznił się konflikt między tym, co było planem kochającego Boga Ojca, który jest gotów ratować człowieka, nawet za cenę wydania swojego Jednorodzonego Syna na śmierć, a planami Apostołów. Zwracając uwagę na ten konflikt, papież senior, Benedykt XVI zachęca do refleksji nad jego trwaniem w naszych relacjach z Panem Bogiem. Polega to na tym, że z Bogiem nawet się nie dyskutuje, tylko po prostu zostawia się Go na boku z całym Jego planem miłości.

Lecz On (Jezus) odwrócił się i rzekł do Piotra: "Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku". Trudno sobie wyobrazić ostrzejsze słowa w ustach Jezusa. Łatwo zaś sobie wyobrazić, jak bardzo musiały dotknąć Piotra. Są jednak pewne trudne prawdy, które trzeba powiedzieć, bo tak każe miłość, a nie da się tego uczynić, nie zadając drugiej osobie bólu. A sprawa dotyczy rzeczy najważniejszej. Można myśleć po Bożemu lub po ludzku. W całej Biblii jest  nieustanne napięcie między tym, co Boskie, a tym, co ludzkie. To, co ludzkie podsuwa szatan i tu nie ma miejsca na Boga, na Miłość, jest zaś miejsce na korzyść.

Po „spionizowaniu” Piotra Jezus zwraca się do wszystkich, którzy chcą być Jego uczniami, zwraca się więc i do nas: Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie (dosł. wyprze siebie), niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (dosł. towarzyszy Mi). Krzyż to nic innego tylko logika Bożej miłości w ludzkich realiach tego świata. Cena takiej decyzji jest duża, niebezpieczeństwo utraty życia ogromne, lecz zysk w towarzystwie Jezusa, jeszcze większy: Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Dotyczy to życia ludzkiego ciała, z natury przemijającego, które w uczestniczeniu w zmartwychwstaniu Jezusa otrzymuje nową perspektywę. My już o tym wiemy, dla uczniów był to jeszcze „kosmos”.

Dalej Jezus sugeruje, gdzie znajdują się prawdziwe wartości człowieka: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?  W misji człowieka czynienia sobie ziemi poddaną, Jezus, jak zresztą sam daje temu przykład, domaga się stanowczo od swoich uczniów, fundamentalnego porządku. Nie możesz duszą zapłacić za bogactwo. Stawiając takie wymaganie, Mistrz wie, że uczniów wystawia w brutalnym i chciwym świecie na nie lada próbę. Na dodatek, na tym świecie uczniowie, podobnie jak Jezus, nie mają co liczyć na sprawiedliwość. Dlatego tak ważne jest Jego zapewnienie: Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania

Spuszczony po przysłowiowej brzytwie Piotr, nie pogniewał się na Jezusa. Wyciągnął wnioski i dalej był Jego wiernym towarzyszem. Niewątpliwie, dobrze na tym wyszedł. Wielu się gniewa na twarde słowa Jezusa i wykorzystuje je, jako argument do porzucenia Jego towarzystwa, aby ruszyć do własnych interesów. Niewątpliwie, źle na tym wyjdą.

                                                                                             

Ks. Lucjan Bielas

 

Jej grobu nie ma

(Łk 1, 39-56)

I nigdy go nie szukano, nigdy do niego nie pielgrzymowano. Chrześcijanie od swej najstarszej tradycji zachowali przekonanie, które wyraził papież Pius XII w konstytucji apostolskiej Munificentessimus Deus (1 listopada 1950), że Najświętsza Maryja Panna została wniebowzięta. Zważywszy na niezwykłą wspólnotę losów Jezusa i Maryi jest prawie niemożliwe, aby Maryja po swoim ziemskim życiu, była w jakikolwiek sposób od Niego oddzielona. W dogmatycznym orzeczeniu Papież jasno określił, że Maryja: została zachowana wolną od zepsucia grobu, aby na podobieństwo Syna, po zwycięstwie nad śmiercią, z duszą i ciałem zostać wyniesioną do najwyższej chwały nieba, i tam jaśnieć jako Królowa po prawicy tegoż Syna, nieśmiertelnego Króla wieków.

Na czym polega wyjątkowość Maryi pośród innych świętych?

- Po pierwsze jest Maryja, tak jak Jezus z duszą i ciałem w Domu Ojca Niebieskiego i nie musi oczekiwać na Sąd Ostateczny. Możemy więc i my mieć pewność, że i dla nas jest miejsce w niebie i to zarówno z naszą duszą, jak i z ciałem. Śmierć, jedność między duszą a ciałem rozcina. We wskrzeszeniu nas z martwych przez Jezusa znowu nastąpi ich scalenie, które nigdy się nie skończy. W odwiecznej zaś tradycji, chrześcijanie nie mówią o śmierci Maryi, lecz o jej zaśnięciu. U Niej dusza z ciałem nigdy się nie rozłączyły.

- Po drugie, Maryja przez swoją najściślejszą więź z Synem ma szczególne miejsce w Jego dziele odkupienia. Stąd jej wstawiennictwo ma dla nas szczególną rangę, którą On w testamencie z krzyża bardzo jasno potwierdził. Słowa skierowane do Niej i do nas w osobie św. Jana mają doniosłe znaczenie dla całej ludzkości: – Niewiasto oto syn twój. – Oto twoja matka.

- Po trzecie, przez swoją wyjątkową obecność w Ewangelii, przez swoją wyjątkową obecność w niebie, jako Matka, zgodnie z wolą Syna, chce być w naszych domach. Zdecydowanie łatwiej pielgrzymować do Jej sanktuariów, pokonując setki kilometrów niż przyjąć Ją we własnym domu, we własnej rodzinie. Przychodząc do domu Elżbiety i Zachariasza wniosła Jezusa, wiarę i płynący z tego ład i porządek. Tego porządku wielu z nas się boi. Boimy się go w naszych domach i w naszej Ojczyźnie.

Możemy dziś hucznie świętować 100 lecie Bitwy Warszawskiej zwanej Cudem nad Wisłą. Czy wtedy Polacy wyciągnęli do końca wnioski z tamtej modlitwy, z tamtej ofiary i z tamtej krwi? Na pewno nie. I to zarówno – Kościół polski, politycy, jak i Naród.

Czy teraz wyciągniemy wnioski, w tej sytuacji, w tym zagrożeniu – Kościół, politycy, Naród…. ?

Mimo że wniosek nasuwa się sam, to zakończmy, to rozważanie gorącą prośbą, aby Maryja nasza Matka i Królowa miała nas nieustanie w swojej opiece.

             

Ks. Lucjan Bielas