Drukuj
Odsłony: 925

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fragment obrazu El Greca, Łzy św. Piotra

 

WEWNĘTRZNE DOSTOJEŃSTWO

 

Rozdarcie w naturze

Po przyjściu i dziele zbawczym Jezusa Chrystusa historia wszechświata, a w niej i sytuacja każdego człowieka, uległa diametralnej zmianie, bo szatan i zło zostały na krzyżu pokonane. Życie mamy po to, aby wybrać, po której stronie chcemy być: zwycięskiej Miłości czy przegranej samotności.

Wybór wcale nie jest taki łatwy, bo działają w nas skutki tak grzechu pierworodnego, które objawiają się przez skłonność do zła, jak i naszych grzechów osobistych. I pomimo że w akcie stwórczym zostaliśmy wspaniale zaprogramowani – przez obdarzenie nas rozumem dla poznania prawdy oraz wolną wolą, co pomaga służyć dobru – to często tak nie postępujemy… choć za jednym i drugim tęsknimy! To wewnętrzne rozdarcie naszej natury zauważył św. Paweł: „Łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę” (Rz 7, 18-19). A przecież nie dla grzechu Bóg stworzył człowieka, lecz dla świętości – dla szczęścia nieprzemijającego.

Słyszymy – wcale nierzadko (!), jak ludzie usprawiedliwiają się: „jestem słaby”, to znaczy: „jestem zdeterminowany, czyli uwarunkowany”. I takie twierdzenie w sumie zwalnia od pracy nad sobą, zaprzecza możliwości nawrócenia. Ale jeśli powiemy: „jestem grzesznikiem”, tym samym oznajmiamy: „jestem wolny i odpowiedzialny za swoje działanie, a to, co zrobiłem, było złe”.

 

Subiektywne przeżywanie a obiektywna prawda

Wiele osób strasznie się myli myśląc, że przyznanie się do popełnionego zła jest tym samym, co uznanie siebie za kogoś beznadziejnego, słabego, obłudnego czy też głupiego. Jest to niewłaściwie przeżywanie poczucia winy i żalu za grzechy. Konsekwencją tego jest odczuwanie wstrętu do siebie samego, co z kolei prowadzi do smutku, a nawet i rozpaczy (smutek jest bratem śmierci). Wszystko to sprawia, że człowiek poniża samego siebie, zadręcza sumienie i zamyka się w swym bólu.

Obiektywną prawdą jest fakt, że każdy z nas grzeszy i do końca naszych dni będziemy z pokorą prosić: „Panie, zmiłuj się nad nami”. Taka jest nasza kondycja ludzi w drodze: nie jesteśmy doskonali i często upadamy. Jednakże mało kiedy zastanawiamy się nad tym, czym jest grzech sam w sobie, bo gdybyśmy to wiedzieli, inaczej podchodzilibyśmy do naszych wyborów, stając się bardziej wrażliwi i czujni na niszczącą siłę zła.

Grzech to nie coś, choć tak o nim myślimy, gdy po niego sięgamy, by zyskać chwile przyjemności, poczucia mocy czy niezależności. Grzech to istotny brak – brak życia, brak dobra, brak tej doskonałości, którą człowiek powinien mieć. Na przykład: ślepota jest złem (uwaga: fizycznym, a nie moralnym!), bo człowiek powinien widzieć, a jeśli nie widzi, to brakuje mu czegoś istotnego. To tak jakbyśmy z przewiązanymi oczyma chcieli dojść do celu, który nam Bóg wyznaczył, z przepaską na oczach trudno poruszać się po drodze. To taka odległa metafora działania grzechu.

Ktoś słusznie zauważył, że diabeł najpierw grzesznikowi odbiera Boga, a potem również i to, co wydaje się, że mu dał. Zatem grzech oddala nas od Boga, jest więc sprawą relacji: odwracamy się od Osoby naszego Pana i Stwórcy, a robimy daną rzecz po swojemu… wydaje się nam, że lepiej. Tak więc grzech to nie kwestia prawna, związana z przekroczeniem jakiegoś przepisu moralnego, lecz to działanie przeciw miłości Boga i miłości bliźniego, zdrada przyjaźni. Grzech niszczy życiodajną więź z Bogiem i dlatego nazywamy go śmiertelnym, bo tracąc łaskę uświecającą, tracimy możliwość uczestniczenia w życiu nadprzyrodzonym. Gaśnie wówczas światło wewnętrznego poznania i niknie życie duchowe, co oznacza śmierć. Sami nie jesteśmy w stanie zmienić swego położenia. Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu przychodzi nam z pomocą, a dzieje się to w sakramencie pokuty i pojednania.

 

Cud konfesjonału

Jeśli grzesznik pozna, czym jest grzech, uzna go i wyzna Chrystusowi w spowiedzi, odchodzi od konfesjonału jako człowiek nowy, obdarowany Bożym życiem i przyjaźnią. Ks. Bp Wacław Świerzawski zauważył: „Grzesznik prawdziwy, choćby nawet ciężko grzeszył, kiedy powie: koniec!, zaczynam nowe życie – przybiera postawę wewnętrznego dostojeństwa. Jest dostojeństwo w człowieku nawróconym”.

Spróbujmy inaczej spojrzeć na sakrament pokuty i pojednania: to nie ja idę się spowiadać, ale to Pan Jezus mnie przyjmuje i rozgrzesza, obdarza swą miłością. Nie jest to tylko sakrament odpuszczenia grzechów, ale znak udzielonej przyjaźni, przyjaźni danej człowiekowi przez Boga. A PRZYJAŹŃ Z BOGIEM TO ŚWIĘTOŚĆ. Zatem grzesznik z konfesjonału po spotkaniu z Bogiem wychodzi święty. W sakramencie pokuty udzielana jest nam świętość.

Boimy się słowa „świętość”. Lękamy się Bożego wezwania: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (1 P 1, 16), gdyż świętość kojarzymy na ogół z nienagannością i doskonałością moralną. Gdyby w naszej relacji do Pana Boga chodziło o własną doskonałość, to walka z niedoskonałościami oznaczałaby niedorzeczny perfekcjonizm, egocentryzm, a więc w centrum byłoby moje idealne „ja”, a nie Pan Bóg, zaś sakrament pokuty służyłby tylko do pracy nad sobą.

W nawracaniu się nie chodzi po prostu o poprawienie się. Greckie słowo metanoia – „nawrócenie” oznacza głęboką wewnętrzną zmianę, która obejmuje zmianę serca, myślenia, wartościowania oraz postaw, kierunku drogi i stylu życia. A to dokonuje się przez spotkanie z Chrystusem, poznanie Tego, Który jest Prawdą. W nawróceniu chodzi o przyjęcie łaski, współpracowanie z nią tak, by czynić to, co Bóg chce, a nie to, co sobie wymyśliliśmy. To Bóg swoją łaską, swoją przyjaźnią realnie nas przemienia. Świętości nie buduje się własnymi rękoma. To Boży dar.

Pan chce naszej wierności, jednoczenia się z Nim, a nie jedynie stanu doskonałości. Zatem tak upadki, jak i nasze słabości mają swoje miejsce w planie Bożym: mogą stać się miejscem objawienia mocy Jego łaski oraz doświadczeniem przebaczenia i Bożego miłosierdzia.

 

Prawdziwa doskonałość

Pewien kapłan powiedział tak swemu penitentowi: „Porzuć swoje myślenie o byciu doskonałym – i tak tego nie osiągniesz, tylko się sfrustrujesz. Pracuj nie nad swoją doskonałością, ale nad miłością. Miłość będzie kształtem twej doskonałości. Miłość to droga Chrystusa, a ty masz Go naśladować”.

„Wolą Bożą jest wasze uświęcenie” (1 Tes 4, 3) – a ono dokonuje się tylko w Chrystusie jako realizacja zbawczego planu Boga, chcącego przywrócić człowiekowi jego wielkość i godność, jaką miał w odwiecznym zamyśle Stwórcy, a stracił wybierając grzech. A przecież do wolności wyswobodził nas Chrystus (por. Ga 5, 1), do radości nieprzemijającej – do szczęścia wiekuistego. Będziemy naprawdę wolni (i radośni), gdy odrzucimy grzech, a zjednoczymy się z Bogiem, który już w Starym Przymierzu taką perspektywę kreślił dla swego ludu:

„Ja kładę dziś przed wami błogosławieństwo i przekleństwo. Błogosławieństwo, jeśli usłuchacie poleceń Pana, waszego Boga, które ja wam dziś daję – przekleństwo, jeśli nie usłuchacie poleceń Pana, waszego Boga” (Pwt 11, 26).

Przed nami życie i śmierć. Wybierzemy, co się nam podoba – i to będzie nam dane!

 

 Alicja Rutkowska CHR